RSS
poniedziałek, 13 marca 2006
Część pierwsza

EUROPA, EUROPA…

Przekorne impresje z półrocznego stypendium naukowego

Tytułem wstępu, czyli co mam na celu

Na przełomie roku 1999 i 2000 (od początku października do końca marca) odbyłem półroczne szkolenie z geograficznych systemów informacyjnych (GIS). Szkolenie to odbywało się w Lipsku (Niemcy, Saksonia; do niedawna NRD) w ramach stypendium finansowanego przez Leonardo–Büro Part Sachsen.

Nie jest celem tego artykułu opisywanie – niewątpliwie znacznych – korzyści naukowych i poznawczych, które przyniósł mi ten wyjazd. Po licznych, mniej lub bardziej szczerych podziękowaniach, składanych szefostwu za umożliwienie udziału w szkoleniu, chciałbym również podzielić się wrażeniami z pobytu, dotyczącymi spraw przyziemnych, bytowych, a także kontaktu z ludźmi, którzy przez te pół roku skazani byli na moje towarzystwo i krok po kroku wprowadzali w skomplikowany, lecz fascynujący świat technik GIS-u. Ponieważ podziękowania zawierały (musiały) wyłącznie zachwyty i superlatywy, ten artykuł został pomyślany jako przeciwwaga dla nich. Nie zamierzam nim nikogo obrazić, ani umniejszać znaczenia i wartości szkolenia, które odbyłem. Trudno mi jednak pominąć niektóre fakty. Wszystkie opisane poniżej zdarzenia miały miejsce naprawdę. Dzisiaj, z perspektywy czasu, patrzę na nie jak na ciekawą przygodę. Jednak wtedy, kiedy to się działo, nie zawsze było mi do śmiechu…

Never-ending story, czyli moje w Lipsku zamieszkiwanie

Moje zakwaterowanie w Lipsku to źródło wielu przygód, mniej i bardziej przyjemnych, szczególnie w pierwszym okresie mojego pobytu tutaj. Wystarczy wspomnieć, że przez pierwsze dwa tygodnie miałem wątpliwą przyjemność mieszkać w czterech różnych miejscach, przeprowadzając się nie zawsze ze swojej woli.

Ale po kolei:

Na dobry początek ulokowano mnie w Connewitz – najtańszej (podobno) dzielnicy Lipska (ze wszystkimi tego faktu konsekwencjami). 10 kilometrów, a może trochę więcej, od UFZ (Umweltforschungszentrum), w którym pracowałem. Miałem tam mały pokoik, „wyposażony” w maleńki okrągły stoliczek (taki na dwa piwa i dwie szklanki), jedno krzesło i plastikowy materac. Tak więc wszystkie „łachy” trzymałem z konieczności na podłodze. Wprawdzie pierwsze wrażenie trochę mnie zniechęciło, jednak uznałem że tak musi być i starałem się przyzwyczaić. W końcu za 350 DM miesięcznie nie można oczekiwać cudów.

Parę dni później o miejscu w którym mieszkałem dowiedziała się ekipa, z którą bezpośrednio współpracowałem („załatwienie” kwatery dla mnie zostawili komuś z innego działu, więc nie wiedzieli, co znalazł). Zgodnie stwierdzili, że TAM zostać absolutnie nie mogę, bo prędzej czy później (a raczej prędzej) dostanę po głowie. Szczególnie, że jestem cudzoziemcem i nie mówię po niemiecku. Szybko uradzili, że muszę się stamtąd natychmiast wyprowadzić, a oni zaczną szukać jakiegoś lokum dla mnie. Twierdziłem wprawdzie, że mogę tam zaczekać na efekty poszukiwań, jednak oni uznali, że nie jest to dobry pomysł. Jeszcze tego samego dnia przenieśli mnie tymczasowo do mieszkania, którego właściciel wyjechał na dłużej, w najbliższym czasie miał nie wracać i zostawił klucze pewnej kobiecie pracującej w UFZ. Parę dni później okazało się, że dobrze się stało, że się przeprowadziłem: w Connewitz znowu działy się sceny podobno dla tej dzielnicy typowe – demolowanie sklepów, palenie samochodów itp. Jednak co dobre szybko się kończy – właściciel mieszkania, w którym mnie ulokowano, niespodziewanie wrócił ze swoich wojaży. Na szczęście nie stanąłem z nim oko w oko w momencie jego przybycia, bo jak się później okazało, nic o mnie nie wiedział… pewnego dnia wróciłem z UFZ, a na podłodze w pokoju leżała walizka, kurtka i gazeta. Ciężko przerażony, pobiegłem kilka domów dalej, gdzie mieszkała kobieta opiekująca się tym mieszkaniem i powiedziałem jej, co się stało. Ona jednak zareagowała dość zaskakująco. Z szerokim uśmiechem zaprosiła mnie do środka, mówiąc: „ależ tak, wiem, wszystko jest w porządku, to nasz dobry znajomy, wejdź do nas, poznajcie się…” Na szczęście człowiek ten okazał się bezkonfliktowy i nie dał mi w zęby na powitanie. Czułem się jednak okropnie: nigdy dotąd nie znalazłem się w tak niezręcznej sytuacji. Musiałem w każdym razie szybko i niespodziewanie opuścić swoje tymczasowe lokum. Ponieważ poszukiwania stałego pokoju dla mnie jeszcze trwały, „awaryjnie” przeniesiono mnie do innego mieszkania, będącego pod opieką tej samej kobiety. Wyglądało tam, jakby ktoś się właśnie wprowadzał albo wyprowadzał: całe mieszkanie pozastawiane było skrzyniami, pudłami itp., miałem więc dla siebie około 5 m2 (nie w jednym kawałku), akurat tyle, żeby się wcisnąć ze śpiworem między skrzynie i zrzucić bagaż na stos na podłodze. Ponieważ nie miałem tam nawet krzesła, starałem się w miarę możliwości nie spędzać tam za dużo czasu i wracać jedynie na noc. Cały czas dręczyły mnie obawy, czy właściciele tego mieszkania również pojawią się niespodziewanie i jak zareagują na moją obecność. Na szczęście, po kilku następnych dniach znalazł się dla mnie pokoik w domu należącym do rodziców męża jednej z pracownic UFZ. Było to starsze małżeństwo, emerytowani pracownicy lipskiego uniwersytetu. Od tej pory do końca mojego pobytu w Lipsku mieszkałem u nich… ale ci ludzie i ten dom to temat na kolejną, niekończącą się opowieść. Miałem też wreszcie bliżej do UFZ, bo około 9 kilometrów.

Wszystkie te „korowody mieszkaniowe” trwały jedynie dwa tygodnie. Nie był to najlepszy czas. Nie lubię tak nagłych, gwałtownych zmian. Spodziewałem się, że na początek będzie to zorganizowane nieco inaczej. Za to bardzo szybko poznałem różne części Lipska – ale to miasto to temat na kolejną, niekończącą się opowieść…

20:51, apodemus
Link Dodaj komentarz »
Część druga

Plan dnia, czyli jak robić żeby się nie narobić

Dzień pracy w UFZ zaczynał się między 7.00 a 9.00. W tych godzinach budynek zaczynał się zaludniać. „Ożywał” również pokój, w którym pracowałem. Ponieważ przychodziłem z reguły około 6.30, aby mieć czas na spokojne przejrzenie internetowych wydań krajowych gazet, miałem okazję obserwować, jak UFZ budzi się do życia.

Godzina 9.00 nie oznaczała jednak początku wytężonej pracy. Po włączeniu komputerów i przejrzeniu porannej prasy cała trójka, która pracowała ze mną w pokoju rozpoczynała celebrowanie śniadania. Spokojnie zaparzali kawę i herbatę, zasiadali przy wspólnym stole i przystępowali do leniwej konwersacji. Niestety, ze względu na swoją znajomość niemieckiego (a ściśle rzecz biorąc jej brak) nie mogłem uczestniczyć w niej aktywnie, mimo, że w pierwszych dniach byłem zapraszany do wspólnego „posiedzenia”. Później moi współpracownicy nie zwracali już na mnie uwagi i zajmowali się wyłącznie sobą.

Śniadaniowy rytuał kończył się między 10.00 a 10.30. Wtedy „załoga” zasiadała niekiedy do komputerów, najczęściej jednak nie zagrzewali przy nich miejsc na zbyt długo. Po części było to zapewne uzasadnione koniecznością dokonania procesów obliczeniowych przez maszyny. Znów zajmowano miejsca przy wspólnym stole, ktoś zapalał świeczki (najczęściej, niestety, aromatyczne, których działanie potęgowane było jeszcze przez zamknięte okna, których otwieranie było – mimo braku klimatyzacji – wyjątkowo niemile widziane), na stole lądowało wino i kontynuowano rozmowy, rozpoczęte zapewne przy śniadaniu. Z biegiem czasu świeczek przybywało, a opróżniane stopniowo butelki wina były zastępowane przez pełne (muszę jednak przyznać, że nie przesadzali z ilością; ostatecznie większość z nich przyjeżdżała do pracy własnymi samochodami). Około południa przypadała pora lunchu (o którym będzie mowa za chwilę), po którym ekipa udawała się na rytualny spacer, odbywany w żółwim tempie dookoła małego parku, otaczającego UFZ. Trwał on zwykle około pół godziny, po czym powracało się do stanowisk pracy, bądź też stolika z winem i świeczkami.

Odnoszę wrażenie, że używane przez moich niemieckich współpracowników świeczki miały nie tylko własności aromatyzujące. Siedząc przy swoim komputerze w oparach dymu z tychże świeczek odczuwałem niekiedy dziwny stan, podczas którego chwilami zapominałem o wszelkich problemach, które jeszcze w drodze do pracy wydawały się niezwykle istotne. Najwyraźniej świeczki zawierały także składniki, które pozwalały spokojniej niż zwykle przetrwać dzień ciężkiej, wytężonej pracy…

Przed godziną 16.00 towarzystwo zaczynało powoli wychodzić z letargu. Gaszono świeczki, chowano butelki, a o 16.00 zostawałem w pokoju sam. O tej godzinie oficjalnie kończył się dzień pracy, a w budynku pozostawali jedynie albo najwytrwalsi, albo ci, którzy nie zdążyli „wyrobić się” ze swoją pracą w „urzędowych” godzinach. Przed 18.00 należało jednak opuścić budynek, gdyż pomiędzy 18.00 a 19.00 strażnik zamykał bramę UFZ.

Raz na kilka tygodni tradycyjny plan dnia szedł w zapomnienie. Działo się to wówczas, kiedy ktoś z UFZ świętował np. urodziny. Wtedy wszyscy pracujący w jednym dziale gromadzili się w pokoju solenizanta, przy stołach zastawionych jadłem i napitkiem. Co najmniej pół dnia roboczego schodziło wtedy na miłych (najprawdopodobniej) pogawędkach (niestety po niemiecku, więc mogłem się jedynie uśmiechać). Początkowo czułem się nieco skrępowany, biorąc udział w imprezach organizowanych przez zupełnie nieznane mi osoby, jednak zauważyłem, że nikt z uczestników tych spotkań nie odmawia sobie zanadto, wobec tego skwapliwie podążałem w ich ślady. Po kilku takich imprezach wypracowałem „taktykę”: starałem się zajmować „strategiczne” miejsca możliwie blisko stołu. Pozwalało to na uniknięcie wątpliwej przyjemności, jaką był „rytualny” lunch.

Co jedzą Niemcy, czyli jak nie umrzeć z głodu

Dzień pracy w UFZ, niezależnie od swojego przebiegu, zawierał stały, żelazny punkt: czas lunchu. Cały UFZ gromadził się w kantynie, ustawiając się w malowniczej, tasiemcowej kolejce, aby przekąsić „małe co nieco”.

Na podstawie menu z tejże kantyny uznałem, że Niemcy to niebywale oszczędni ludzie. Często aż do przesady. Przykład: pewnego dnia na lunch były pyzy. Dwie sztuki „na twarz”. Najwyraźniej trochę im zostało, bo następnego dnia serwowano te same pyzy, pokrojone w plasterki i przysmażone. Lubię pyzy, ale te przyrządzone były w sposób wybitnie niekonwencjonalny. Efekt – skrajne paskudztwo. Przykład drugi: bardzo częstym tutaj „daniem” są smażone ziemniaki. Jak nietrudno się domyślić, jest to wtedy, kiedy poprzedniego dnia serwowane są ziemniaki gotowane. Przykład trzeci: pewnego razu był filecik. Następnego dnia – gulasz rybny, w którym oprócz wody z mąką i śmieciami znajdowały się połamane kawałki tychże samych filetów. Przykład czwarty: w piątki z reguły podają jakąś breję. Do tego ziemniaki albo makaron; w każdym razie coś, co w razie potrzeby da się użyć ponownie w przyszłym tygodniu. Jeżeli ktoś nie wie, co było do jedzenia w poprzednie dni, może przeanalizować skład brei i przy odrobinie szczęścia się domyśli. Sporym ułatwieniem dla analizującego jest skromne urozmaicenie posiłków i częste powtórki (np. nieśmiertelny mielony powtarza się parę razy w tygodniu). Tak na marginesie, ciekaw jestem, co oni robią z niedojedzonymi resztkami pozostawianymi niekiedy na talerzach przez skrajnych niejadków.

Opis typowego menu byłby krzywdzący i niekompletny, gdybym nie wspomniał o pojawiającym się epizodycznie puree ziemniaczanym, takim „z torebki”, którego zjedzenie za pomocą widelca jest niewykonalne ze względu na jego konsystencję. „Kuchmistrzowie” z UFZ z reguły polewają to dodatkowo sosem, dziwię się więc, dlaczego leją to na płaskie talerze. Być może dlatego, żeby się mniej zmieściło?

Zdarzały się jednak dania, które miło zaskakiwały. Pewnego dnia podano „marchewkę z groszkiem”: marchew pokrojona w plasterki i ugotowana (5, słownie pięć plasterków) i groszek prosto z puszki, bez żadnej dodatkowej „obróbki” (co najwyżej 20–25 ziarenek, nie chciało mi się liczyć dokładnie). To już był postęp, ale mimo wszystko nie rzuciło mnie to na kolana z zachwytu. Jednak dzięki temu ten przedwczorajszy mielony wyglądał nieco inaczej… Bardzo szybko zacząłem uzupełniać te posiłki przynoszonymi kanapkami (powodując ogromne zdumienie pracujących ze mną Niemców). Czyniłem to głównie ze względu na wielkość porcji, która byłaby może wystarczająca dla sześciolatka (i to też nie każdego). „Poprawianie smaku” też miało niebagatelne znaczenie. Jednak z żarcia w kantynie korzystałem ze względów rytualnych – nie chciałem łamać ich wieloletniej zapewne tradycji.

20:51, apodemus
Link Dodaj komentarz »
Część trzecia

Jedność Europy, czyli podziały wiecznie żywe

Wypłacane mi stypendium (1000 DM – minimum niezbędne, aby otrzymać wizę) składało się z dwóch części: 700 DM płaciło Leonardo–Büro, natomiast 300 DM fundował UFZ. Pewnego dnia, kilka tygodni po moim przyjeździe do Lipska, w UFZ kazano mi podpisać jakiś dokument. Ponieważ był on napisany po niemiecku, a ja niestety nie byłem w tym języku zbyt mocny, poprosiłem o wyjaśnienie, co takiego mam podpisać. Okazało się, że jest to oświadczenie, że… nie otrzymuję stypendium z UFZ. Widząc moje zdumienie, moi „opiekunowie” wyjaśnili mi, że 300 DM wypłacane przez UFZ formalnie nie stanowi stypendium, lecz jest to… ich pomoc dla Europy Wschodniej. Na moment mowę mi odjęło: Zachodni Europejczycy, psiakość; jeszcze z trabantów dobrze nie wysiedli! Gdyby ktoś napluł mi w twarz, czułbym się chyba podobnie. Na szczęście pohamowałem się i nie skomentowałem tego, chociaż korciło mnie niezmiernie.

Na terenie UFZ stoi okazały budynek hotelowy. Jak mnie poinformowano, prawo do mieszkania w nim mają jedynie „poważni” goście (cokolwiek by to nie znaczyło), a np. przybysze z krajów Europy Wschodniej (oni bardzo lubią to określenie, przy każdej okazji podkreślają swoją „zachodniość”) muszą radzić sobie sami. Nie rościłem sobie praw do zamieszkiwania na terenie UFZ, zaskoczył mnie jedynie taki sposób tłumaczenia. Znamienna rzecz: nieliczni pracujący tam Niemcy pochodzący z zachodnich landów nigdy nie dawali mi do zrozumienia, że uważają mnie za kogoś gorszego, natomiast ci z byłego NRD dobitnie podkreślali swoją wyższość, kiedy tylko mieli ku temu sposobność. Jedni i drudzy z kolei jawnie manifestowali wzajemną niechęć do siebie: „wschodni” Niemcy mają żal do „zachodnich”, że po zjednoczeniu nadal są „ubogimi krewnymi”, natomiast ci „zachodni” twierdzą, że muszą łożyć ogromne środki na landy wschodnie, a im wciąż mało… błędne koło. Wygląda na to, że granica niemiecko – niemiecka została zlikwidowana tylko formalnie, a w umysłach ludzkich wciąż niewzruszenie tkwi psychologiczny „mur berliński”. Ciekawe, ile potrzeba będzie czasu, aby to zmienić.

Miasto, czyli gdzie cofa się czas

Zawsze, kiedy przyjeżdżam do nieznanego mi wcześniej miasta, staram się obejrzeć jak najwięcej. Nie inaczej było tym razem. Zwiedzanie miasta zacząłem od Centrum, ponieważ tam najtrudniej było się zgubić – ostatecznie drogę np. do Dworca Głównego mógł mi wskazać praktycznie każdy „tubylec”.

Centrum Lipska, oraz przyległe do niego dzielnice, robią na pierwszy rzut oka oszałamiające wrażenie. Szczególnie Dworzec Główny – kolos, największy w Europie dworzec czołowy. Odremontowane, lśniące budynki Śródmieścia, ekskluzywne sklepy – słowem, centrum wielkiego, europejskiego miasta. Wystarczy jednak dokładnie przyjrzeć się owym wspaniałym budynkom, by dostrzec, że wiele z nich stoi pustych. Zarówno na biurowcach, jak i domach mieszkalnych, powiewają transparenty zachęcające do wynajmu wolnych pomieszczeń. Jest ich bardzo wiele; można odnieść wrażenie, że to miasto rozpaczliwie próbuje zachęcić ludzi do osiedlania się tu lub lokowania tutaj swoich interesów. Jednak, choć widać ogromne wysiłki czynione w tym celu, są one bezskuteczne. Lipsk coraz bardziej traci na znaczeniu, coraz więcej ludzi się stąd wyprowadza, coraz więcej firm wycofuje stąd swoje przedstawicielstwa. To „wymieranie” miasta z goryczą potwierdzają ci, którzy już nie mają dość siły, aby stąd uciec, albo po prostu nie mają dokąd.

Szczególnie mocno jest to odczuwalne w oddalonych od Centrum dzielnicach. Wzdłuż wielu ulic stoją rzędy opuszczonych kamienic, strasząc ciemnymi otworami w miejscach okien, lub zamurowanymi wejściami i bramami. Opustoszałe zakłady przemysłowe zarastają zielskiem, pośród na pół zwalonych budynków fabrycznych hula wiatr. Potworne wrażenie robią puste ulice, na których po jednej stronie widać rząd zrujnowanych kamienic, a po drugiej wyszczerbione mury opuszczonej przed laty fabryki; ulice, gdzie w przerośniętym trawą bruku tkwią przerdzewiałe szyny tramwajowe; ulice, na których wieczorami nie zapalają się już latarnie – nie mają dla kogo. Nie są to wprawdzie główne arterie, lecz takich ulic jest tam wiele. Czyżby za kilkanaście lat tak miało wyglądać całe miasto?

Jednym z najdziwniejszych, ale też najciekawszych budynków Lipska jest Pomnik Bitwy Narodów. Chociaż jest to jeden z najwyższych budynków w mieście, wcale na to nie wygląda, zapewne ze względu na charakterystyczny, „przysadzisty” kształt. Wysoki jak kilkunastopiętrowy budynek, „wyposażony” jest w taras widokowy, umieszczony na szczycie. Wchodzi się nań po niezwykle krętych i nieprawdopodobnie wąskich schodach; tak wąskich, że na ścianach nie umieszczono nawet poręczy, gdyż pomiędzy nimi nie zmieściłby się nawet wyjątkowy chudzielec. Wchodząc tam, cały czas „szorowałem” ramionami po ścianach. Do pewnej wysokości zbudowano dwa takie przejścia, tak więc jedno służyło wchodzącym, a drugie schodzącym. Od pewnego momentu jednak, aż na sam szczyt, prowadziło tylko jedno takie przejście, dlatego zamontowano tam regulującą ruch sygnalizację świetlną, gdyż wyminięcie w tym przejściu dwóch osób nie było możliwe. Z tarasu rozciągał się bardzo rozległy widok, nie ograniczony wysokimi budynkami, których w Lipsku praktycznie nie ma.

Na południu miasta w każdą sobotę odbywał się targ staroci. Trafiłem tam kiedyś zupełnie przypadkowo. Obszedłem go naokoło, obejrzałem wszystko lub prawie wszystko i… nic nie kupiłem. Z całego bogactwa rozmaitości najbardziej przypadły mi do gustu ceramiczne czaszki ludzkie naturalnych rozmiarów, z których z oczodołów, z nosa i innych otworów wychodziły gryzonie, pająki i rozmaite „robactwo”. Wyglądało to bardzo realistycznie. Znakomity pomysł na urodzinowy prezent dla kogoś, komu chce się zrobić trochę na złość.

20:50, apodemus
Link Komentarze (1) »
Część czwarta

Ludzie, czyli zabawa w socjologa

Ludźmi, z którymi miałem najczęstszy kontakt, była trzyosobowa „załoga” pokoju w UFZ, w którym pracowałem. Moje pojawienie się tam było zapewne czymś w rodzaju kataklizmu, tym bardziej, że początkowo wykazywałem szczery entuzjazm i sporą aktywność w stosunku do nauki GIS-u. Ponieważ jednak moja znajomość tematu sprowadzała się do wiadomości elementarnych, wyniesionych jeszcze ze studiów, ów entuzjazm i aktywność przejawiały się głównie w zasypywaniu nieszczęśników licznymi pytaniami, co równie skutecznie odrywało ich od własnych zajęć, jak i burzyło ustalony porządek dnia. Wprawdzie miałem wyznaczoną formalnie „opiekunkę”, zajmującą się interesującą mnie tematyką, jednak po pierwsze pracowała ona na drugim końcu korytarza, a po drugie dość szybko dała mi do zrozumienia, że byłoby dobrze, gdybym jej dał spokój i zwracał się ze swoimi problemami do najbliższych „współpracowników”. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już po paru tygodniach wszelkie moje pytania wywoływały trudną do ukrycia niechęć osoby pytanej i próbę zrzucenia problemu (czyli mnie) komukolwiek innemu. Kiedy przeszedłem wstępny etap obróbki danych i zapytałem o instrukcje do dalszej pracy i usłyszałem zadane z nieukrywanym przerażeniem pytanie: „już skończyłeś?!”, zrozumiałem, że dla skazanych na moje towarzystwo „instruktorów” najlepiej jest, jeżeli zajmuję się wyłącznie sobą i nie angażuję ich w swoje zajęcia. Do tego czasu minęło jednak kilka tygodni, podczas których zdążyłem ostatecznie zniechęcić do siebie ich wszystkich. Przedtem długo nie wiedziałem, dlaczego wręcz alergicznie reagowali na wszelkie próby nawiązania kontaktu, zarówno „służbowego”, jak i towarzyskiego. Po dłuższym czasie przestali zwracać na mnie uwagę tak dalece, że pewnego dnia, kiedy wychodzili na lunch, zamknęli za sobą drzwi na klucz, mimo, że zostałem wewnątrz, a moje stanowisko znajdowało się naprzeciwko drzwi i było naprawdę trudne do przeoczenia. Byłem tym faktem tak zaskoczony, że zanim otworzyłem drzwi swoim kluczem, przez dłuższą chwilę siedziałem niezdolny do najmniejszego ruchu, wpatrując się w matową szybę na drzwiach, za którą powoli znikały cienie współpracowników.

Moi gospodarze, do których trafiłem po opisywanej wyżej dwutygodniowej „tułaczce”, najwyraźniej uważali mnie za przedstawiciela innej cywilizacji, znacznie mniej rozwiniętej niż „zachodnioeuropejska”. Wprawdzie zwykle okazywali mi życzliwą obojętność, jednak czasami miewali „napady”, podczas których okazywali się nadzwyczaj towarzyscy po czym na dłuższy czas wszystko wracało do normy. Podczas jednego z takich „napadów” pojechałem z nimi na zakupy do hipermarketu pod miastem. Kilkakrotnie z dumą podkreślali wielkość tych sklepów i sprawiali wrażenie nieco zawiedzionych, kiedy wreszcie zrozumieli, że nie jest to dla mnie nic nowego.

Innym razem zabrali mnie ze sobą na wystawę wypchanych zwierząt i rozmaitych rytualnych akcesoriów pochodzących z Australii. Pewnym urozmaiceniem była możliwość rozmowy z podróżnikami, którzy to przywozili (na szczęście mówili po angielsku, więc mogłem się z nimi stosunkowo łatwo dogadać). Po krótkiej rozmowie z nimi dowiedziałem się, że znaczna część „aborygenów” dość radykalnie zmieniła sposób życia i żyje nieźle z turystów, dla których specjalnie hodowane (nie mam pomysłu, jak to inaczej określić) plemiona na zamówienie i za odpowiednią opłatą dają pokaz obrzędów, służących niegdyś do rozmaitych celów.

W ramach owych kontaktów towarzyskich mój gospodarz lubował się we wspomnieniach, których głównym tematem były opowieści, jak to jako młody człowiek był w Polsce. Działo się to w czasie wojny, kiedy wcielono go do armii. Ogromnie mnie korciło, aby go zapytać, jak mu się podobało. Uznałem jednak, że takie pytania mogłyby być uznane za nadmiar złośliwości, dlatego się powstrzymywałem. Nie było to wcale łatwe.

Skądinąd sympatyczni staruszkowie, jakimi byli moi gospodarze, nie mogli się nadziwić, że… codziennie korzystam z prysznica. Z tego tytułu podnieśli mi zresztą miesięczny czynsz o 50 DM. Wciąż jednak utrzymywali, że zdecydowanie nadużywam wody – według nich „wszyscy” kąpią się raz, a co najwyżej dwa razy w tygodniu, a ja mam wygórowane wymagania. Rozumiem potrzebę oszczędzania wody, starałem się możliwie skracać czas kąpieli, trudno jednak było ten czas szczególnie wydłużać: kiedy mijały dwie minuty, zdenerwowany pan domu wpadał do łazienki z awanturą… Skracaniu czasu pobytu pod prysznicem sprzyjał dodatkowo jeszcze jeden czynnik: łazienka, z której pozwolono mi korzystać, mieściła się w nieogrzewanej piwnicy, co w porze zimowej było dość dokuczliwe. Nie mogłem się jednak przekonać do rezygnacji z codziennych ablucji.

Pewnego razu moi gospodarze stwierdzili, że zbyt głośno przekręcam klucz w drzwiach wejściowych, wchodząc do domu. Ponieważ wcześniej nie instruowali mnie co do sposobu obsługi zamka, poprosiłem o wyjaśnienie i pokazanie cichej metody przekręcania klucza. Okazało się, że trzeba pociągnąć drzwi i popchnąć klucz, wtedy zamek działa cicho. Na szczęście udało mi się dość szybko opanować tę sztuczkę i głośność obsługi zamka nie była więcej powodem żadnych konfliktów.

Jednak ich „numerem popisowym” była szczególna dbałość o porządek w pokoju, który wynajmowałem. Nie uważałem się przedtem za szczególnego bałaganiarza, jednak u nich musiałem dość znacznie zrewidować swoje poglądy. Jeśli zdarzyło mi się pozostawić nie dość dokładnie według nich ułożoną pościel lub własną piżamę, po powrocie z UFZ znajdowałem wszystko złożone w idealną kostkę. Sztukę składania bielizny mieli opanowaną do perfekcji.

Swoistym fenomenem Lipska jest silenie się na oryginalność bardzo dużej ilości ludzi; co ciekawe, niezależnie od wieku. Szczególnie w Centrum powszechny jest widok osobnika z zielonymi włosami, w podartych dżinsach i różowych glanach, przyozdobionego ogromną ilością wisiorków i kolczyków. Szczególnie na te kolczyki jest dziwny szał: ciekaw jestem, ile się ich zmieści na jednym człowieku i czy są miejsca, gdzie nie da się wbić kolczyka. Niekiedy, będąc pozbawionym tych wszystkich akcesoriów, miałem wrażenie, że jestem w mniejszości. Czyżby zanosiło się na to, że za jakiś czas największym oryginałem i dziwolągiem będzie ktoś, kto według klasycznych (przestarzałych? staromodnych?) kryteriów nie wyróżniałby się z tłumu?

Rozdziałem samym w sobie są rodzice z dziećmi, podróżujący pojazdami komunikacji miejskiej. Mam na myśli dzieci w wieku od lat kilku do… nie wiem ilu, ale górna granica wieku jest dość wysoko. Po wejściu do tramwaju rozpoczyna się zwykle (na oko w 90% przypadków!) pokaz umiejętności „sportowych” dzieci: wyścigi wzdłuż wagonu, podciąganie na uchwytach, chodzenie po ścianach (przy pomocy tychże samych uchwytów, kasowników, siedzeń i innych wystających elementów wyposażenia) i wiele innych, mniej lub bardziej zaskakujących. Towarzyszące temu efekty akustyczne pomijam litościwym milczeniem… Przerażający jest dla mnie absolutny brak reakcji ze strony rodziców, motorniczego i w ogóle kogokolwiek. Czyżby to był przejaw lansowanego tu i ówdzie wychowania „bezstresowego”?

Kiedy takie dzieci podrosną, zaczynają jeździć tramwajem bez opieki rodziców. A wtedy… bywa różnie. Zdarzyło mi się dość pośpiesznie wysiąść z takiego tramwaju, żeby nie oberwać np. nisko przelatującą tabliczką z opisem trasy lub fragmentem siedzenia. Zrywanie naklejek informacyjnych albo osłon śrub przy siedzeniach jest tu zjawiskiem, które nie powoduje niczyjej reakcji. Ciekawe zjawisko. Przy czymś takim opieranie nóg na przeciwległych siedzeniach lub leżenie na siedzeniach w poprzek wagonu nie jest niczym nadzwyczajnym; w pewnym momencie zacząłem się do tego powoli przyzwyczajać. Do palenia w tramwaju (wbrew zakazom, które formalnie obowiązują) mimo wszystko jakoś przyzwyczaić się nie mogłem. Swoją drogą, w Warszawie, Poznaniu czy Krakowie takie coś raczej by „nie przeszło”.

20:49, apodemus
Link Dodaj komentarz »
Część piąta

Raport, czyli kiedy zaczyna się koniec

Aby moje szkolenie można było uznać za zaliczone, zostałem zobowiązany do napisania raportu końcowego, zawierającego opis wykonanej tutaj pracy i przykładowe dane, opracowane w tym czasie. Raport musiał zostać wykonany kilka tygodni przed końcem mojego pobytu; jego napisanie warunkowało wypłacenie mi części (około jednej trzeciej) stypendium. Później zresztą okazało się, że tę część otrzymałem na dwa dni przed powrotem do Polski. Trochę dziwne; wydawało mi się, że za to stypendium miałem się tu utrzymać, tym bardziej, że np. za wynajęcie pokoju lub bilet miesięczny musiałem płacić na bieżąco. Jednak jeszcze dziwniejszą sytuację miała inna stypendystka z Polski, która pracowała tu kilka miesięcy przede mną w innym dziale UFZ: musiała ona napisać swój raport końcowy w trzecim miesiącu swojego półrocznego stypendium. Tak więc moja sytuacja okazała się i tak znacznie bardziej logiczna i komfortowa.

Kiedy już wydawało mi się, że raport jest ukończony, zaprotestowała moja „opiekunka”. Z oburzeniem stwierdziła, że zdecydowanie zbyt mało napisałem o jej wkładzie pracy w moje szkolenie i kategorycznie zażądała obszernego uzupełnienia, które później osobiście uzupełniła jeszcze bardziej. Ciekawe, że przedtem starała się mieć ze mną możliwie jak najmniej wspólnego. Z biegiem czasu przybywało tych, którzy czuli się zobowiązani do ingerencji w treść mojego raportu. Wytyczne, które od nich otrzymywałem, były często sprzeczne ze sobą, tak więc wciąż powstawały nowe wersje raportu, które były kolejno przerabiane przez coraz większy krąg poprawiaczy. Nie przypuszczałem, że kilkustronicowy raport można pisać przez kilka tygodni.

Uznanie raportu przez moją „opiekunkę” za zakończony nie było wcale końcem zabiegów z nim związanych. Następnym etapem było zbieranie podpisów „wszystkich świętych” z UFZ, ponieważ okazało się, że całe ich grono musi złożyć na nim parafę. Cóż, zbieranie podpisów to też cenna umiejętność.

Najłatwiej było zdobyć pierwszy podpis – swój.

Epilog, czyli nareszcie w domu

Długo odliczałem dni do powrotu. W ostatni dzień mojej pracy w UFZ urządziłem swoim współpracownikom i opiekunce małe przyjęcie z kawą i ciastem, powiedziałem, że było mi bardzo miło spędzić z nimi ten czas (niech żyje szczerość), oni odpowiedzieli w podobnym tonie, a moja opiekunka wręczyła mi na pamiątkę album ze zdjęciami z różnych części Niemiec (miły akcent, nie spodziewałem się), kilkakrotnie podkreślając, że sama wybierała. Porozmawialiśmy jeszcze przez chwilę, po czym oddałem klucz, kartę wstępu i pojechałem się pakować (właściwie byłem już z grubsza spakowany tydzień wcześniej).

Dzień, w którym jechałem do Polski, był chyba najbardziej wyczekiwanym przeze mnie dniem podczas całego stypendium. Po powrocie wziąłem tydzień wolnego, aby trochę się „wyciszyć”, odreagować, porozmawiać po polsku… Dość długo trwało, zanim całkowicie „doszedłem do siebie”. Na szczęście w końcu mi się to udało.

Pamięć idealizuje przeszłość. Kiedy wracam myślami do tamtych dni, często śmieję się z przygód, które wtedy wcale nie nastrajały mnie optymistycznie. Mimo wszystko pogodę ducha zachowuję, samopoczucie dobre na przyszłość zostawiam, dobre wspomnienia w pamięci zostawiam a złe uznaję za niebyłe…

20:46, apodemus
Link Komentarze (9) »
Archiwum